2009 - VII- VIII- X- XII

5. Rozdział I, część V
29 grudnia 2009, 23:52

Siedzieliśmy w dormitorium Slytherinu, w szóstkę o wiadomym składzie. Przed nami leżała pusta fiolka po eliksirze, strzykawka i czekoladowe słodycze. Pansy zgrabnie zaaplikowała miksturę do jednego z pierników i włożyła do osobnego, ozdobnego pojemnika. Każdy wiedział, że ja z Gregiem niezbyt umiemy opanować się na widok jedzenia, więc musieliśmy oddzielić dobre od „ulepszonych”. Nie wyobrażam sobie po eliksirze miłosnym spojrzeć na Pansy i się w niej zakochać. Przerażało mnie to. Brr, gdy o tym dokładniej pomyślałem aż wstrząsnął mną dreszcz.
- Myśleliście już nad czym się najbardziej skupić przy SUM-ach?
- Crabbe, czy tobie kompletnie odbiło? Jeszcze rok nam został, naprawdę nie masz innych rzeczy na głowie tylko egzamin który jest za rok? – spytał Dracon, krzywiąc się na samą myśl o jakimkolwiek sprawdzianie.
Temat więc zginął szybciej niż się pojawił. Dyskutowaliśmy więc o Diggory’m, Krumie i Quidditchu. Obstawialiśmy najbliższe mecze i oczywiście nie obyło się bez kłótni o to, kto będzie w tym roku mistrzem w lidze. Ja obstawiałem oczywiście Nietoperze z Ballycastle, jako, że moja mama urodziła się piętnaście mil drogi stamtąd, w Cushendall przy samym morzu. Poza tym, zdobyli mistrzostwo już dwadzieścia siedem razy i lepsza od nich jest tylko drużyna Srok z Montrose. Malfoy kibicował Osom, a Gregory Harpiom – jedynej żeńskiej drużynie Quidditcha. Obyło się bez większej draki, ale i tak nie skończyło się to zbyt grzecznie, ponieważ Dracon zaczął opowiadać niestworzone historie o tym, że Glynnis Griffits – szukająca Harpii, tak naprawdę jest mężczyzną, a do tego śmierciożercą. Dawno nie słyszałem takich bzdur i bardziej mnie to bawiło niż irytowało, jednak Greg tak tego nie widział i w końcu, jak dzieci, zaczęli się szarpać. Opamiętali się dopiero w momencie gdy wywrócili stół.
- Zbierzcie to teraz i znajdźcie to zmodyfikowane – poleciła Pansy.
Wszyscy rzucili się do oglądania pierników, szukaliśmy takiego, które miało maleńką dziurkę po ukłuciu strzykawki. Mieliśmy szczęście, że nam się udało.
- Angie, idziemy do sypialni? – spytałem jej, chcąc ulotnić się z tego chorego towarzystwa i przeczekać gdzieś do momentu aż się pogodzą.
- Jasne. Sami – dodała.
Dla Dracona zabrzmiało to jednoznacznie i tak w zasadzie zabrzmieć miało. Mieli sobie pomyśleć niewiadomo co, żeby na pewno nie planowali do nas zaglądać. Tak, Angie dobrze myślała.
- Weźcie sobie te pierniki, czekolada to przecież najlepszy afrodyzjak – rzucił Malfoy, przesuwając pudełko w naszą stronę. Wziąłem je bez skrupułów, zostawiając jedynie to „inne”.
Odmeldowaliśmy się na górę i położyliśmy razem na moim łóżku. Wiedziałem, że sypialnia nie jest posprzątana i zapewne leży tam masa różnych części męskiej garderoby - cóż zrobić. Sześciu chłopaków w jednym pomieszczeniu nie umie utrzymać porządku. Na szczęście Angie to rozumiała i już się w zasadzie przyzwyczaiła do widoku, co najmniej trzech koszulek rzuconych w kąt i kilku par spodni przewieszonych przez ramę łóżka. Starałem się jednak, żeby zawsze wzrok skupiony miała na mnie, a nie na otoczeniu. Przytulała się do mnie, ja ją głaskałem, a obok nas na łóżku leżało opakowanie, któremu po niezbyt długim czasie nie potrafiliśmy się oprzeć. Co jak co, ale czekolada z Miodowego Królestwa była chyba jedną z lepszych w kraju.
- Jak myślisz, co robimy teraz ich zdaniem? – zapytała mnie, śmiejąc się i przeczuwając moją odpowiedź.
- To przecież oczywiste. Śmieszni są.
- Dlaczego?
Zaskoczyła mnie zupełnie tym pytaniem. Dłuższą chwilę nie wiedziałem aż co na to odpowiedzieć.
- Bo krótko się znamy? Mamy niespełna po piętnaście lat?
- Nie wiem czy by mi to przeszkadzało – powiedziała cicho, patrząc mi w oczy.
Miałem wrażenie, że jej nie rozumiem. Była dziewczyną, ja byłem chłopakiem, mieliśmy po czternaście lat, a ona, tak jakbym stwierdziła, że nie przeszkadzałoby jej to, że byśmy się teraz kochali. Kompletnie zbiła mnie z tropu.


- Zapomnij o tym, co powiedziałam – poprosiła, widząc moje zdziwienie.
Patrzyłem na nią uważnie, chcąc wiedzieć, o czym tak naprawdę myśli i pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że jej oczy zmieniły kolor... Mógłbym przysiądz, że zawsze były brązowe, a teraz jakby trochę wpadały w zielony...
- Niedobrze mi – powiedziała wstając.
Gdy wstała, jej twarz zaczęła się zmieniać, a ja nie wierzyłem w to, co widziałem. Jej włosy zmieniły kolor i długość, oczy stały się teraz już całkiem zielone, jest usta zmieniły swój kształt, razem z resztą twarzy.
Wstałem przerażony i nie potrafiłem opanować swoich nerwów.
- Ty jesteś...?
- Tak – usłyszałem szept.
- Ja cię znałem, to znaczy, pamiętam cię z wcześniejszych lat! – wykrzyknąłem.
- Wiem – dostałem odpowiedź.
- Przestań płakać.
- Boję się, co teraz będzie i nie wiem, dlaczego to się stało... Nie umiem inaczej.
- Dlaczego nie wiedziałem o tym wcześniej? Mili pewnie wiedziała...
- Jasne, że wiedziała, Draco sam zauważył, a tobie bałam się przyznać. Niby nie jest w tym nic złego, a zareagowałeś naprawdę strasznie. Przeczuwałam, że tak będzie, więc wolałam trzymać to w tajemnicy.
- Czekaj, czekaj, a Draco jak to zauważył? I Kiedy? I w ogóle, nie rozumiem już nic...

Usiedliśmy z powrotem na łóżku, a ona zaczęła mi odpowiadać na wszystkie moje pytania.
Angie była metamorfomagiem... Widywałem ją przez wcześniejsze lata, ale wyglądała zupełnie inaczej, miała ciemne, długie włosy, oczy w odcieniu zielonkawym...
- Draco zauważył, że nie ma jednej dziewczyny z naszego domu, a w zamian za to jestem ja, przyglądał mi się i kiedyś po prostu zapytał. Nauczycielom wytłumaczyłam, że to przez stres tak się zmieniłam i bez problemów już to zaakceptowali. A co do ciebie... bałam się, że czułbyś się przez to niekomfortowo, więc wolałam to ukrywać... Nie wiem tylko, dlaczego zaczęłam się teraz zmieniać. Nie chciałam tego, a poza tym, chwilę wcześniej zrobiło mi się niedobrze, a teraz wszystko jest w porządku...
Ukryłem twarz w dłoniach nie wiedząc kompletnie jak się zachować. Tak mnie zaskoczyła, jak chyba nigdy nikt.
- Dlaczego w ogóle się zmieniłaś?
- Bo wiedziałam, że taka jak wtedy ci się nie podobam... – odrzekła.
Nie byłem w stanie zrozumieć jej myślenia, sam też nie rozumiałem siebie i swoich rozterek w tym momencie. Co to zmieniało, że mogła każdego dnia, wedle ledwie zachcianki, wyglądać zupełnie inaczej? A no, chyba to, że faktycznie jest to pewnego rodzaju dyskomfort, zamiast ukochanej twarzy, zobaczyć twarz innej dziewczyny. Brr, przerażające...
- Ej, może ten eliksir był jakiś trafiony i taką reakcję wywołał? Tylko to by pasowało, może jednak źle wybraliśmy? Może to w jakąś dziwną reakcję weszło?
- Możliwe...
- Możesz zmienić się na moją ukochaną? – zapytałem, a patrząc na to jak pracują jej mięśnie, zrozumiałem, że nie może cofnąć tego procesu.
Próbowała jeszcze przez kilka minut, a każda z prób okazywała się bezskuteczna. Oboje mieliśmy nadzieję, że to tylko chwilowe, jednak, nic na to nie wskazywało, bo mimo, że upłynęło już trochę czasu, nie udało jej się nawet zmienić koloru tęczówek czy usunąć pojedynczego pieprzyka.
- Musimy iść do Skrzydła Szpitalnego, nie widzę innego pomysłu. To chyba nasza ostatnia szansa – powiedziała, patrząc na mnie.
- Dobrze, chodźmy.
Tak dziwnie się czułem, to nie była moja Angie, wyglądała tak zupełnie inaczej, że gdybym miał ją pocałować, to uważałbym to za zdradę. Taka chora była ta sytuacja, że kompletnie nie potrafiłem się odnaleźć.
- Złapiesz mnie chociaż za rękę – zapytała, rozumiejąc dokładnie to, co uroiło się w mojej głowie.
- Jasne – zgodziłem się, wiedząc, że dłonie ma te same.
Weszliśmy do Pokoju Wspólnego i cicho wymknęliśmy się do lochów. Nie potrzebowaliśmy tłumu gapiów, trzeba było załatwić to po cichu. Na korytarzach na szczęście nikt nie zwracał na nas uwagi, jak zawsze. Gdy doszliśmy do Skrzydła Szpitalnego spojrzałem na zegar, który wskazywał dwudziestą pierwszą. Zaskoczony wyjrzałem przez okno, nie miałem pojęcia, że zrobiło się tak późno.
Podeszliśmy do pielęgniarki i zaczęliśmy jej tłumaczyć na czym polegają objawy Angie dolegliwości. Nie odpowiedziała ani jednym słowem, jednak skinęła głową i wyszła, każąc pacjentce się położyć. Usiadłem przy niej, trzymając jej dłonie między swoimi. Nie potrafiłem na nią patrzeć...
- Jak już wszystko będzie w porządku to będziemy musieli porozmawiać, prawda?
Skinąłem tylko głową. Nie podejrzewałem siebie o przeżywanie tylu rzeczy na raz, jednak teraz miałem w sobie tyle pytań, sprzecznych myśli, dziwnych odczuć i wyrzutów, że nie byłem w stanie tego poukładać, ani policzyć.
- Obawiam się, że nie bardzo wiem, jak ci pomóc – powiedziała pani Pomfrey. – Jedyne co mogę dla ciebie teraz zrobić, to podanie ci lekarstwa, dzięki któremu będziesz mogła wrócić do poprzedniej postaci. Co do przywrócenia zdolności metamorfomagicznych – powinnaś zgłosić się do Szpitala św. Munga w Londynie.


zobacz wszystkie 4 komentarzy lub dodaj swój